czwartek, 18 maja 2017

Paranoja cz. II

Hej, to znowu ja. Piszę do Ciebie 18 maja, dokładnie tydzień przed urodzinami. Jest 21:57, siedzę w bibliotece, mama czyta książkę, pewnie zastanawiając się, co mogę tak długo pisać na komputerze bez podręczników na kolanach.
Jeśli zdziwiłaś się, kiedy zobaczyłaś 42,5 kg, teraz chyba zejdziesz na zawał. 39,5. Najgorszy stan, jaki "udało" mi się osiągnąć. Najmniejsza liczba, jaką widziałam, to 39,4 w sobotę. Jakby co, nie ważę się już codziennie. Przestałam po wyjściu ze szpitala. Kiedy postanowiłam sobie, że będę próbować z tym walczyć, pomyślałam, że lepiej będzie mi zaakceptować większą wagę bez ważenia się tak często. Postawiłam sobie warunek, że mogę tylko w weekendy i faktycznie się udaje. Ostatnio ważyłam się wczoraj rano, bo wiedziałam, że idę do psychiatry.
Co się zmieniło od sierpnia?
Zacznijmy od festiwalu, kiedy znów postanowiłam sobie, że mogę sobie pozwolić na nieco więcej. Był jarmark, chciałam próbować ciekawych dań. Wieczorem, kiedy byliśmy na rynku z rodzicami, obładowałam się baklavami i proziakami, próbowałam ciasteczek, czekoladek. Dodatkowo praca u Thanga zmusiła mnie do zjedzenia od czasu do czasu czegoś u nich albo obiadu w biegu na rynku. Od razu pojawiał się głos, ile to może mieć kalorii, kiedy ja to spalę, wyrównam. Pod koniec wakacji miałam dwie imprezy urodzinowe, wtedy też nie jadłam zbyt oszczędnie, naprawdę to był ogrom jedzenia. Chyba nie miałam aż takich wyrzutów sumienia, skoro na rozpoczęciu roku nawet zjadłam frytki. Mniej więcej wtedy zostałam wegetarianką. To było jakieś takie naturalne, po prostu przez pewien czas na obiad jakoś tak, zupełnie nieświadomie, nie było potraw mięsnych, a potem pomyślałam, że skoro wcale mi nie szkoda tego mięsa, to mogę spróbować czegoś nowego.
Nie mam pojęcia, co się we mnie działo wtedy, na początku roku, nie potrafię sobie przypomnieć. Wiem, że do szkoły brałam jakieś niewielkie drugie śniadania, zazwyczaj jogurt z owocami i płatkami. Ale to nie trwało długo. Możliwe, że to wtedy, pod koniec września, waga pokazała ok. 45 kg. Wydawałoby się, że mogłam wrócić do normy, ale się nie udało. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale znowu odezwała się anoreksja. Drugie śniadania zniknęły, obiady były ograniczane, kolacji właściwie nie było. Za to pojawiły się pierwsze kompulsy. Nagle okazało się, że uwielbiam winogrona. Anoreksja zamieniała się w bulimię. Bulimia nie zadowalała się kilkoma owocami, musiała zjeść kilogram na raz. Potem wyrzuty sumienia, przeliczanie, ile to mogło ważyć, ile to mogło mieć kalorii, przecież na pewno nie tak dużo... Od tamtej pory bulimia wkradała się bardzo często. Zaczęło się podjadanie. Nie lubię podjadania - ja, nie anoreksja ani bulimia, ja nie lubię. Nie uważam, żeby to było zdrowe. A w takiej formie, jaką to przybrało wtedy, już z pewnością. Wtedy zaczęły się napady, kiedy to mogłam biegać po kuchni i jeść po kolei wszystko. Wylizywać sos z obiadu, jeść suche płatki śniadaniowe. No dobrze, wtedy nie było aż tak źle. Powiedzmy, że pierwszy poważny kompuls pojawił się przed świętami. Byłam wtedy już dosyć wykończona, bo pamiętam, że któregoś dnia poszłam rano na jakieś badania na alergię, potem do szkoły na parę lekcji, a do domu wracałam tak głodna, że bolała mnie cała klatka piersiowa (bardzo znajome teraz). Kiedy wpadłam do domu, rzuciłam się na płatki w szafce, obiad, czułam się taka pełna... Czułam się źle, ale trudno, trzeba żyć dalej, prawda? Ile razy miałam ochotę po prostu to wszystko zwrócić, ale nie potrafiłam. Próbowałam. Nie udawało się. Potem przygotowania do świąt, co chwilę podjadanie kremów, ciast, tutaj trochę, tutaj trochę, ostatecznie nazbierało się całkiem sporo i to też trochę mnie dobiło. Na same święta też znów jadłam więcej. Była różnica między tym, co działo się latem - tym razem podczas samego jedzenia towarzyszyły mi wyrzuty sumienia, anoreksja kazała w takim razie od następnego dnia robić "detoks". Cóż, niestety się nie udawało. Po świętach byłam jeszcze na siłowni, mniej więcej w połowie grudnia zaczęłam z koleżankami chodzić na jumpy. Następnego dnia miałam wizytę w sprawie bilansu u lekarza rodzinnego. No i się zaczęło.
Pani doktor złapała się za głowę, kiedy zobaczyła na wadze 43 kg, a anoreksja wrzeszczała, że wszystko zepsułam, bo przecież było mniej, stać mnie było na więcej. Zepsułam to świętami, kompulsami przedświątecznymi. Ale zewnętrznie milczałam. Potem okazało się, że mam problem z sercem, więc od razu dostałam skierowanie do szpitala. Powiedzieli, że lepiej będzie przyjść po nowym roku, bo nie ma sensu mnie trzymać na sylwestra. Sylwester to kolejne jedno wielkie obżarstwo, prawie do granic wytrzymałości. Kładłam się spać z postanowieniem, że następnego dnia naprawdę nic nie zjem. Jak wyglądał 1 stycznia? Jeden posiłek. Dokładnie jeden, którym była odrobina gotowanych warzyw. To było wszystko. Anoreksja wtedy wygrała.
W poniedziałek trafiłam do szpitala. Jeszcze nie wiedziałam, że chcą mnie tam zatrzymać na parę dni, nie tylko na jeden. Nie chciałam siedzieć w szpitalu. Znowu mnie ważyli, było około 43,5, a anoreksja śmiała się, że nie widzieli najlepszego. Dla lekarzy już ta waga była stanem alarmującym, a ja biłam się z myślami, miałam przecież silne postanowienie, że muszę schudnąć, muszę to wszystko "naprawić", nie mogę jeść. Pamiętam, że któregoś dnia przed snem, chyba jeszcze przed sylwestrem, układałam w głowie plan, jak to będę ograniczać jedzenie w styczniu. Tymczasem dostałam nadzór i to najgorszy, na jaki mogłam trafić. Lekarz, kompletnie niedostosowany do młodzieży, na wiadomość, że jestem wegetarianką, przekreślił wszystko. Wtedy z jedzeniem pilnowała mnie trochę mama, rano jadłam dwie kromki, na obiad przyniosła mi 2 papryki faszerowane (dosyć spora porcja), na kolację też musiałam zjeść kromkę, a w międzyczasie jadłam owoce - winogrona i owoce suszone. Dla lekarza wszystkie moje posiłki były niczym, krzyczał, że to porcje dla niemowlaka. Gdybym miała jeść szpitalne dania to szybciej wróciłabym do "stanu wyjściowego" (któregoś dnia dzieci dostały bułkę i garść chrupek kukurydzianych). Przekreślił wszystkie moje problemy - brak okresu, bradykardia - zajął się wmawianiem mi, że mam anoreksję, a ja wtedy byłam przekonana, że to niemożliwe. Miałam rozmowę z psychologiem, psychiatrą. Wiedziałam, że mają rację, rozumiałam to. Dlatego mama nie zgodziła się żeby wysłać mnie wtedy do psychiatryka. Po wyjściu ze szpitala podarłam skierowanie i temat się zakończył.
Moje jedzenie wyglądało całkiem normalnie, chociaż dalej uważałam na porcje i anoreksja liczyła kalorie. Okazało się nagle, że owoce suszone są bardzo kaloryczne, dlatego wyrzuty sumienia były na porządku dziennym. Jakiś czas później poszłam na urodziny koleżanki. Postanowiłam, że uwolnię się od wszystkiego i po prostu będę się cieszyć. Znów przejadłam się, rozsadzało mi żołądek, nie mówiąc o psychice. Dokładnie tego dnia pojawił się w głowie plan: dobrze, skoro mam jeść więcej, będę ćwiczyć. Nie podobał mi się mój brzuch (tak jak zawsze), więc wychodziłam z założenia: jeśli chcę, żeby coś się zmieniło, muszę sama to zmienić. Od następnego dnia posiłki były znów coraz mniejsze, a do tego doszły treningi. Tylko mięśnie brzucha, tylko siłowe. I wtedy też non stop towarzyszyło mi to cholerne podjadanie. Zaczęły się ferie, pół dnia spędzałam w domu, dużo uczyłam się do olimpiady. Na śniadanie zawsze ta sama owsianka (w dużej misce), potem trening, w międzyczasie ciągłe podjadanie, później nauka i czekanie z utęsknieniem na porę obiadu, zupa (zawsze jadłam zupę), nauka, drugie danie, ciągłe podjadanie, po południu zazwyczaj gdzieś wychodziłam. Pod koniec dnia szybki bilans. Ile mogłam spalić, a ile zjadłam, plus to, co wpadło mi w ręce po drodze (zazwyczaj były to winogrona, suszone owoce, ulubiona prażona ciecierzyca, orzechy lub to, co leżało akurat na blacie). Nie czułam się dobrze. Pojechałam raz na narty, ale nie byłam w stanie funkcjonować z wychłodzenia. Przemęczyłam jeden dzień, ale na drugi wyjazd już nie pojechałam. Wychodząc z domu, ubierałam na siebie 10 warstw, bałam się iść na łyżwy, bo wiedziałam, że przemarznę, ale jakoś dawałam radę. Ciągłe liczenie, kalkulowanie, wyrzuty sumienia, bo zdarzało mi się zjeść to, a nie to.
Kolejne miesiące mijały bardzo podobnie. Posiłki powoli były ograniczane, a podjadanie spotykało się z ostrą krytyką. Było coraz agresywniejsze. Codziennie obowiązkowy trening. Anoreksja żałowała, że siłowe spalają tak mało kalorii. Szczerze? Dały efekt. Naprawdę. Nie podobał mi się mój brzuch, wmawiałam sobie, że to skóra, która została po mnie "za młodu", ale gdzieś z tyłu głowy anoreksja mówiła mi, że to tłuszcz. Faktycznie tak mogło być, skoro po tych paru miesiącach treningów siłowych zmieniła się zupełnie budowa mojego brzucha. Z zadowoleniem napinałam "mięśnie", co musiało wyglądać komicznie przy wystających żebrach, miednicy i obojczykach, ale przyznam zupełnie z czystym sercem, jako ja, Emilka - coś się zmieniło, na plus. Cóż, anoreksja dalej nie była zadowolona. Nie akceptowała tego, że brzuch był lekko wzdęty, po jedzeniu "napompowany", dla niej ZAWSZE miał być idealnie płaski i gładki. Żadne prawa biologii nie miały znaczenia (i nie mają do dziś). Skoro już udało mi się brzuch częściowo "spłaszczyć", nagle przeszkodą była sama jego budowa. Nie podoba mi się to, że przy siedzeniu robi się większy, mam bardzo luźną skórę. Anoreksja mówi mi, że są dziewczyny, które naprawdę mają szczupły brzuch. Nie ma u nich tego, co jest u mnie. To ją denerwuje najbardziej - chce być taka, jak one. To niesprawiedliwe, że niektórzy mogli urodzić się z idealnymi proporcjami, a ja mimo walki nadal nie jestem zadowolona. Chyba pomogłaby mi tylko operacja plastyczna. Nienawidzę go i koniec - to jest główny impuls, dla którego wiem, że próby walki z anoreksją by się nie udały. Brzucha nienawidzi też Emilka, nie tylko anoreksja. Ale do teraźniejszości przejdę później.
Owsianki robiły się mniejsze i mniejsze... czasami połowa lądowała w koszu... któregoś dnia zniknęły w ogóle pod pretekstem "znudziło mi się". W lutym założyłam instagrama z gotowaniem, coraz więcej gotowałam, uświadomiłam sobie, że to moja pasja. Założyłam sobie, że gotować będę po wegańsku - kolejny eksperyment. Nie chodzi tu o prawa zwierząt i tak dalej, po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a do tego trochę odrzucało mnie to, jak bardzo te wszystkie produkty są nafaszerowane chemią i przetworzone. Tak więc gotowałam sobie obiady, wstawiałam je na instagrama. Wszystko musiało być przemyślane. Kolacja raz była, raz jej nie było. O słodyczach nie było mowy, wtedy w trakcie postu nie jadłam słodkiego. Ogólnie rzecz biorąc, nic ciekawego. Raz zupełna głodówka, porcje bardzo małe, raz kompulsy i wyrzuty sumienia, w zależności od dnia. Ciągłe liczenie, podsumowywanie, stawanie pod koniec tygodnia na wadze i obserwowanie zmian. Nie akceptowałam swojego podjadania, nienawidziłam tego, nie dawało mi to spokoju. Dlatego byłam przybita, rozdrażniona, zakładałam całodniowe głodówki.
Na święta wielkanocne względnie udało mi się zachować normalność, jadłam ciasta (+ kompulsy, znowu), ale nawet nie czułam wyrzutów sumienia. Nie przestawałam z ćwiczeniami, sama dużo gotowałam i piekłam. Było dobrze, ale po świętach złapała mnie okropna depresja... Z innego względu, o którym pisać tutaj nie ma sensu. Ten okres pamiętam już dosyć dobrze. Bardzo małe śniadania, dokładnie liczone obiady i na kolację jedna albo dwie kromki. Zawsze. Karciłam się za podjadanie, zmuszałam, żeby tego nie robić, ćwiczyłam. Kompulsy były coraz gorsze, za co znów głodówka albo intensywniejsze ćwiczenia.
Później pojechałam do Warszawy na parę dni. Cieszyłam się, że mimo że jem w restauracjach, a więc nie wiem dokładnie, co jest w daniu, to jem regularnie i nie mam jak podjadać, bo nie jestem u siebie, a i tak całe dnie chodzę po mieście. Anoreksja mówiła mi, że może lepiej przystopować, może to za dużo. I faktycznie trochę przytyłam, ale to nieważne. Ważne są kompulsy, które potem się zdarzały. W niedzielę, w dzień powrotu, był chyba największy ze wszystkich. Pochłaniałam dosłownie wszystko. Kroiłam placka, wyjadałam wszystko ze słoików w lodówce, płatki z szafki, wszystkie moje zapasy "zdrowych" dodatków które trzymałam gdzieś w koszyczku, to trwało dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Wpadłam w szał, jakiego nigdy nie miałam. Kompulsy miałam cały dzień, po czym siadłam i rozpłakałam się. Nienawidziłam siebie. Wtedy postanowiłam, że skończę z tym i od następnego dnia będzie głodówka...
Zaczęła się szkoła po przerwie majowej, udało mi się częściowo zapanować nad kompulsami. Nie były już takie poważne, ale posiłki zmniejszyły swoją objętość radykalnie. Kolacji unikałam jak tylko mogłam. Zupa lądowała w zlewie, obiad był ograniczany, śniadanie - minimum, pomiędzy - nic. No i w ten sposób docieramy do dziś. Jestem po 2 wizytach u psychologa i jednej u psychiatry. Jestem na skraju wycieńczenia. Nie mam na nic siły, tym bardziej na walkę ze sobą. Chyba się poddałam. Może ja tak naprawdę chcę już być w tym szpitalu? Może przydałby mi się taki "detoks", przy okazji od ogromu innych lęków i problemów. Lekarze mi pomagają, bardzo. Dostałam antydepresanty, ale na razie czuję tylko skutki uboczne. To powinno minąć. Ten tydzień to horror, jem śladowe ilości. Dzisiaj zjadłam kolację, anoreksja pozwoliła mi, bo miałam dosyć intensywny dzień, który sama nie wiem jak przeżyłam praktycznie bez energii. Nie wiem, jak będzie jutro. Boję się wfu, a anoreksja będzie kazała mi jeszcze ćwiczyć. Wiem, że każda forma sprzeciwu skończy się niepowodzeniem. Wiem, że jest źle, ale nie wiem, czy ja tak naprawdę wcale nie chcę tyć. Możliwe, że zaraziłam się już od anoreksji. Nienawidzę siebie, nienawidzę swojego wyglądu, nienawidzę swojej wagi. Nienawidzę swoich kości, a jednocześnie nienawidzę brzucha. Nienawidzę tego więzienia. Nienawidzę tego, że nie mogę zjeść co mi się podoba. Nie jestem w stanie zjeść lodów, nie potrafię.Mogę jeść tylko to, co sama zrobię. Nie wiem, jak potoczy się to wszystko na moich urodzinach. A potem kolejna wizyta u psychiatry, może szpital mnie uwolni.