poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Moja paranoja, czyli błędne koło

Pierwszy post chciałabym napisać o tym, co męczy mnie najbardziej, co w tym momencie pochłania całą mnie.
Zacznijmy od krótkiego przedstawienia mojej sylwetki na dzień dzisiejszy:
Emilia, lat 16 z kawałkiem, wzrost: 158 cm, waga: 42,5 kg.
No właśnie.
W tym momencie powinny Ci się otworzyć oczy ze zdziwienia, chociaż pewnie pamiętasz te czasy, nie? Jestem ciekawa, jak teraz wyglądasz. Błagam Cię, nie mów, że wróciłaś do dawnych czasów, bo na widok tego posta znowu zrobisz coś głupiego.
Nigdy nie chciałam tego stanu nazywać odchudzaniem, po prostu pod koniec stycznia, nazwijmy to tak - zaczęłam zdrowy tryb życia. I może faktycznie na początku tak to wyglądało. Zmiana niektórych nawyków, które jakoś specjalnie niezdrowe nie były, bo - nie oszukujmy się - nigdy nie obładowywałam się słodyczami, fast foodami i chemią, nawet jeśli zdarzyło podjadać mi się jakieś czekoladki, to przecież 99% społeczeństwa tak robi! Poza tym jako dziecko w podstawówce/gimnazjum potrzebowałam energii, nawet z tych kilku kostek czekolady. 40-letnia kobieta mogłaby się powstydzić, ale nie rozwijająca się dziewczyna. Mimo wszystko nie byłam zadowolona ze swojego życia i z własnej decyzji postanowiłam je zmienić. Nikt mnie nie powstrzymywał ani nie zachęcał, wszyscy mieli podejście "Hm, no okej, w porządku" z przysłowiowym pokerfacem, no bo kogo miałoby to obchodzić? Dodajmy, że styczeń 2016 roku to stan "pozawałowy", kiedy moja waga wreszcie się unormowała. Chociaż to nie do końca było tak. Chyba pamiętasz, że drastycznie schudłam na przełomie podstawówki i gimnazjum, nie robiąc nic tak szczególnie oprócz lekkiej modyfikacji żywienia i minimalnego wysiłku fizycznego. Wtedy wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, pytali mojej mamy czym mnie karmi, a raczej czym mnie nie karmi. Byłam z siebie dumna, cieszyłam się, byłam zadowolona nawet z tego wyglądu i tej wagi, chociaż to dalej była górna norma. Z czasem to się zmieniało. Dojrzewająca nastolatka, ot co. Mój wygląd zaczął być dla mnie ekstremalnie ważny i oszalałam na tym punkcie. Właściwie szczególnego spadku wagi nie było. No, może na chwilę, później jakoś przestało mnie to obchodzić, żyłam normalnym rytmem, wciąż ważąc się codziennie (obsesja), ale nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie zaczęłam znowu "tyć". Nikt nie zauważył, nie było różnicy, naprawdę, uwierz mi! Ale nie, ja musiałam być mądrzejsza. 3 gimnazjum to znowu takie lekkie podłamanie psychiczne. W sumie przytyłam po wakacjach, naprawdę. To nie było dużo, ile mogłam ważyć, 57-8 kg? Nawet nie. Ale to za dużo, prawda?
No dobrze, strata kilku kilogramów nikogo nie zabiła, może nawet sprawiła że byłabym zdrowsza, silniejsza, bardziej pewna siebie, więc dlaczego nie spróbować ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA?
Oj, w co ja się w tym momencie wpakowałam.
Gdyby poprzestało na tym stanie, to nigdy nie byłabym w tym miejscu. To była może dobra zmiana, ale popatrz, do czego doprowadziła. Zaczęło się niewinnie, zamiana białego chleba na ciemny (ileż nieudolnych prób w ciągu całego mojego życia...), niesłodzenie herbaty, niedodawanie masła na kanapki, zamiast kanapki na drugie śniadanie - mus owocowy, ewentualnie sałatka, nawet jeśli nie to ciemne pieczywo, nie jasne (a kanapki były już rzadkością). Jakieś jogurciki, nie-jogurciki, owocki, super, zdrowie samo w sobie! Na początku lutego (dokładnie od 1?) zaczęły się ćwiczenia. Rewelacyjnie, poprawisz kondycję, spalisz tłuszcz, wyrobisz mięśnie i nabierzesz siły, 5 zł na tą inicjatywę! I faktycznie tak to funkcjonowało przez... 2-3 miesiące? Dosyć długo. Były przerwy w ćwiczeniach i lekkie skoki w bok od ZDROWEGO ŻYWIENIA.
Byłam po prostu przemęczona. Codzienny, szkolny bieg, mnóstwo obowiązków, a trzeba to było godzić z regularnymi posiłkami (koniecznie co 4 godziny!) i ćwiczeniami, które zajmowały czasami 2 godziny. Po tych wszystkich tygodniach wyrzeczeń, ciągłego zmęczenia i bólu byłam po prostu wycieńczona. A w dodatku stawałam przed lustrem, podciągałam koszulkę, opuszczałam spodnie i widziałam zawsze to samo. Łzy cisnęły się do oczu, paznokciami prawie przebijałam skórę jakbym miała coś tym zmienić. Ciągłe niezadowolenie z siebie, które nawet rosło. Były momenty radości, pocieszania się, że "o, chyba mi przybyło mięśni!". Siła wcale się nie poprawiła, kondycja też, tłuszcz nie znikał, a minęły przecież 3 miesiące. Co w tym jest, co robię źle? ZDROWY TRYB ŻYCIA chyba na mnie nie działa.
Co było dla mnie przyczyną? Żywienie. Pewnie muszę źle jeść. Może jem za dużo?
W porządku Ema. Ograniczymy jedzenie, jak sobie życzysz.
Ta decyzja doprowadziła mnie do tego miejsca.
Na początku też było niewinnie, bo zmniejszył się rozmiar drugiego śniadania, na obiad nakładałam sobie mniej, starałam się szukać niskokalorycznych zamienników dosłownie wszystkiego. Nie jestem w stanie podać momentu, w którym zaczęłam robić to, co chyba zostanie w mojej głowie do końca życia. Zaczęłam liczyć kalorie, hasło "ile kalorii ma..." jest w słowniku mojego telefonu chyba na pierwszym miejscu. Co? Naleśnik ma aż tyle? No dobra, zjem jednego. Mama zrobiła pierogi. Pierogi też takie kaloryczne? Biegnę po wagę kuchenną, ważę pieroga. Uff, jest lżejszy niż podaje strona. To będzie jakieś 20 kalorii mniej. No ale mama robi je na pewno z innego przepisu. Może tutaj dodali więcej masła, mleka, sera, whatever. T o  n i e  m o ż e  b y ć  t a k i e  k a l o r y c z n e.
No dobra Ema. Zjemy 5 pierogów. Trudno się mówi, trzeba cierpieć. Do tego żadnego kefiru, jogurtu, o maśle nie mówiąc! Trudno, trzeba cierpieć. Cierpienie jest dobre.
Głód jest dobry.
Pamiętasz, kiedy ten głos się pojawił?
Ja nie i szczerze chciałabym wrócić do tego momentu i to cofnąć. Skąd on się wziął? Przyszedł tak nagle nieproszony i zamieszkał chyba na stałe, bo do tej pory go słyszę. Ale musi mieć niezły respekt skoro mój mózg bezwarunkowo słucha go w pierwszej kolejności, nie zwracając uwagi nawet na bodźce wysyłane przez organizm. Organizm przy nim to nic. Dzieci i ryby głosu nie mają. Niezły jest.
A gdyby tak w ogóle zmniejszyć porcje? Waga nie spada, więc trzeba coś zrobić! Zamiast dwóch kromek - jedna, zamiast czterech ziemniaków - dwa. A może bez ziemniaków? Przecież są kaloryczne. Wezmę ryż. Co? Tyle kalorii w ryżu? Ehh, no dobra, wezmę pół szklanki. Niech wam będzie. Trzeba cierpieć.
I tak życie płynęło do pewnego kwietniowego popołudnia, kiedy górę wzięło lenistwo. Niee, nie chce mi się ćwiczyć. Następny dzień - mam długi weekend, nie będę go psuć bolącymi mięśniami. Kolejny - w sumie to nieee, nie chce mi się. I to nie chce mi się trwa do teraz. Koniec z ćwiczeniami.
Ale zaraz, skoro nie będę ćwiczyć, to chyba muszę to czymś zastąpić.
Wiem.
Jutro nie zjem nic!!!
Ten dzień. Kwiecień, a może maj. Co najgorsze, faktycznie jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zjadłam może kromkę, może pół obiadu, kolacja została wyeliminowana. I tak to wszystko się zaczęło. Moja paranoja. Kromki ze śniadania przykrywałam drugimi (przynajmniej chleb szybciej się skończy), pakowałam w folię i rozdawałam w szkole. Zostawiałam sobie czasami jedną, skrupulatnie licząc, ile ma kalorii (cholera, dlaczego chleb musi być taki kaloryczny!!!), wycinałam z szynki kształt wnętrza kromki, reszta leciała do miski kota (Mela lubi szynkę, ucieszy się), ser lądował z powrotem w miseczce, została tylko biała smuga (smak poczuję, więc po co mam jeść go aż tyle?). Do szkoły leciał jogurt z płatkami. Chwila, po co mi te płatki. Chwila, po co mi jogurt. Przecież mogę wytrzymać 8 godzin bez jedzenia, co to dla mnie. Dam radę. Dzisiaj WF, no dobra, wezmę mały jogurt. Ten bez tłuszczu, tylko 100 kalorii. Może być. Na obiad koniecznie mały talerzyk, żeby mniej się zmieściło. Ryżu tylko tyle, kaloryczny. Troszkę mięska, ale bez sosu. O, warzywka, warzywka są git. Poleci ich trochę więcej. Kolacja? To już prawie noc, po co mi energia.
Zdajesz sobie sprawę z tego, że jadłaś dziennie mniej niż 1000 kalorii? Mało tego! Mniej niż 800, czasami wyliczałaś całość na 500.
Wakacje. Wyjazd do Oluni. Kolejny etap mojej przygody. Ej, stara, jesteś na wakacjach! Daj spokój, musisz spróbować tego naleśnika. Jesteś głodna, weź jeszcze jednego. Daj spokój, trzeba próbować lokalnych przysmaków, drugiej okazji nie będzie! Jest 24, ale wiecej nie zobaczysz food trucka z panini na gdyńskiej plaży! No weź, Olka też coś zamówiła. To tylko naleśnik, ale kanapka przynajmniej z pomidorem i mozarellą, w miarę dietetycznie, co nie?
Modliłam się, żeby po powrocie nie zobaczyć 5 kg więcej. Na szczęście nie było więcej. Tylko ciut, ale to się zaraz poprawi...
Wróć, tego nie miało być.
Gdybym mogła, cofnęłabym to.
Paranoja, w jaką wpadłam po powrocie, po prostu przerasta wszystko. Aż strach pomyśleć, że to było miesiąc temu. Zaczęła się najgorsza faza. To wtedy jadłam pewnie mniej niż 500 kalorii. Ale poskutkowało, Ema, stara, znowu schudłaś, to nasz wielki sukces! Tylko 42, marzyło ci się to kiedyś?! Łał, pełen szacunek!
Noo dobra, to już się zaczęło robić straszne, był moment że pojawiło się poniżej 42, to jest za mało. Zdecydowanie. I co teraz? Zaczniesz jeść wszystko, to przytyjesz. Utrzymasz ten stan, schudniesz jeszcze bardziej. Halo, co mam robić?
Kolonia we Włoszech. Znowu obudził się ten głos, który każe cieszyć się życiem i czerpać radość z pobytu za granicą. Lokalne przysmaki, stara! Na początku nie było łatwo, 1/3 makaronu, bo makaron jest kaloryczny. I ten sos pewnie też do najchudszych nie należy. Koleżanki patrzyły przestraszone jak nabijam kluskę na widelec, otrząsam z sosu i popijam od razu wodą. Tak jak nigdy nie piłam szczególnie dużo wody, tak przy włoskich obiadach leciało kilka szklanek. Mięso? Niee, za dużo. Owoc na deser. Spoko, owoce są spoko. Z dnia na dzień znikało coraz więcej klusek z talerza. Znienawidzony głos przebijał się gdzieś nieznacznie co jakiś czas, przez co na śniadanie lądowała miseczka jogurtu z odrobiną musli (miseczka wielkości pokrywki od małego milkshake'a), makaron był odsuwany na brzeg, a mięso dostawało kolejne "no, thanks". Ale w ostateczności te dwa ogromne kawałki pizzy i 3-smakowe lody to chyba nic strasznego?
Ej, wolno mi! Przecież jestem za chuda, powinnam jeść!
Kolejny etap: mode on.
W dzień wyjazdu włączył się znów głos, który zabronił jeść czegokolwiek. W ten oto sposób w żołądku smętnie leżała tylko zmiażdżona śliwka. Powrót do domu. Hej, jestem głodna! Co tam dzisiaj nagotowaliście? A co to mama za placka zrobiła? Pewnie, spróbuję wszystkiego! Otwieramy włoskie ciastka, jeej! Kurde, jaki ten placek jest cholernie dobry...
Ile wtedy wylądowało w moim żołądku w ciągu 4 godzin? Nikt nie jest w stanie policzyć. No ale jest okej, nie przytyłam nawet tak bardzo...
Mimo wszystko trzeba się jakoś ogarnąć, co nie...
Faza od sierpnia? Ciężko ją określić. Pomieszanie lekkiej bulimii z tym, co było wcześniej... Momentalne obżeranie się "bo mi wolno", a potem płacz i poczucie winy, bo "brzuch napompowany". Niby od początku sierpnia jest tryb ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA. Ale, cholera jasna, co ja robię ze sobą?
W tym momencie jestem na etapie umówionej wizyty z dietetykiem i spisywania dokładnie tego, co jem, łącznie z wagą i określeniem składu. Mam taki mętlik w głowie, że nie napiszę o sobie nic. Wczoraj cały dzień byłam głodna. Dokładnie wszystko kontrolowałam, więc to tak trochę stan "sprzed". Uważałam na ilość i kaloryczność. Z drugiej strony, zjadłam coś słodkiego, wybrałam kaloryczny, choć zdrowy, chleb. Niby wszystko spoko, więc co w tym złego? Ano to, że mój mózg nie potrafi wybaczyć sobie, że wieczorem pozwolił sobie na te paluszki i przeżywa to jak mrówka okres. Brzuch napompowany, nie jest płaski!!!!!!!!! Aaaaa!!!!!!!
Jeśli to czytasz, mam nadzieję, że jakoś się z tego wydostałaś. Mam nadzieję, że mi też się uda.
Podsumowanie? Popatrz na słowa dużymi literami. Zdrowy tryb życia? Naprawdę? Co ty dziewczyno ze sobą zrobiłaś?
Chociaż jestem zadowolona ze swojej wagi, dalej nienawidzę swojego wyglądu. Nienawidzę tego, że jestem ciągle głodna, ale, cholera jasna, nie mogę jeść bo napompuje mi się brzuch i nie będzie płaski! Nie mogę jeść tego co chcę i ile chcę, bo przytyję! Mam momenty słabości, kiedy okładam się jedzeniem, a potem żałuję i głoduję kilka dni żeby to nadrobić. Płaczę, kiedy waga pokazuje więcej niż 43. Od razu chcę głodówkę, żeby to zmienić. A wtedy jestem tak cholernie głodna, że okładam się jedzeniem i... błędne koło. Chociaż to "okładanie się jedzeniem" ciężko nazwać tym faktycznie (chociaż mój skurczony żołądek inaczej rozumie poczucie sytości), bo te ilości są naprawdę małe, ale nie dla mojego mózgu. Podjadanie, słodycze "bo-mi-wolno", potem płacz, głodówka. Ciągły głód. Ilekolwiek bym nie zjadła, cokolwiek bym nie zjadła, non stop jestem głodna, a do tego ciągłe liczenie kalorii, łapanie się za głowę, kiedy okazuje się, że deser truskawkowy to wcale nie kwestia kaloryczności samych truskawek... Ale mi wolno... Wolno mi, powinnam jeść, jestem za chuda, muszę jeść... Ale nie, bo brzuch, będzie napompowany, nie bedzie płaski... W spodniach z wysokim stanem musi być perfekcyjnie płaski... Pod dłonią muszę nie czuć "górki", musi być płasko... Płasko... Ale ja chcę jeść... Jestem głodna, cholera jasna, ale jak zjem, będę pełna, dalej będę odczuwać głód, mnie się nie da nasycić, ale nie mogę jeść ile chcę bo przytyję!
Taka sobie paranoja. Popatrz, co zrobiła nasza koleżanka ze stycznia 2016.

Do Ciebie

Hej, piszę do ciebie w poniedziałek, 15.08 o 12:57. Dzisiaj święto, cała rodzina siedzi w domu, każdy jest zajęty jakimiś swoimi sprawami. Siedzę w kuchni i zajmuję się tym, co o tej porze wydaje się być najbardziej adekwatne - przeglądam internet, strony internetowe różnych sklepów i blogi żywieniowe. Właśnie to zainspirowało mnie, żeby pisać dla Ciebie tego bloga. Przede wszystkim chcę robić to, co daje mi jakąś taką satysfakcję - dokumentować moje życie, dzielić się przemyśleniami. Poza tym coraz większą rolę zaczyna odgrywać żywienie i moda, dlatego będą się tu pojawiały głównie takie posty, ale nie zabraknie trochę realistyczno-pesymistycznych tekstów o mojej codzienności i... psychice?
No właśnie, to co w tym momencie zdaje się szwankować, odpierdzielać jakąś makarenę w mojej głowie, tysiąc głosów, tysiąc różnych twarzy, z których nie wiadomo, co wybrać, co jest najlepsze, jak iść w dobrą stronę. 16 lat to taki właśnie czas wyborów i kształtowania się tej odpowiedniej drogi i mam nadzieję, że przelewanie myśli tu sprawi, że będzie mi jakoś łatwiej. Poza tym, zawsze marzyłam o swoim lifestylowym blogu i kto wie, może za kilka lat moje marzenie się spełni. Za kilka lat, bo na razie nie chcę się z nikim tym dzielić. Piszę to dla Ciebie, być może za kilka lat wyciągniesz z tego jakieś wnioski, może pomyślisz "Boże, kim ja byłam", ale nie martw się, ja też tak miałam, kiedy czytałam stare blogi z podstawówki. Widzisz, to coś daje.
Zaczynamy dziś, jest 15 sierpnia, wakacje w pełni, chociaż dla mnie już prawie ich nie ma. Niedługo zacznie się festiwal i całodzienne "pomaganie", potem koncerty, biesiady, powrót do domu w granicach północy i znowu wstawanie na 8:30, takie trochę przygotowanie do szkolnego trybu życia.
Zaczynamy! :)