Ciekawie jest zdawać takie relacje co jakiś czas, obserwować, jak zmienia się moja psychika na przestrzeni tych miesięcy. Jestem już pełnoletnia, w moim myśleniu też sporo się zmieniło, ale czy mogę siebie nazwać dorosłą? Choroba, jak się można było spodziewać, wywołała nieodwracalne zmiany w mojej psychice. Nie piszę tego żeby się nad sobą użalać, to wcale nie o to chodzi - chodzi o obiektywną ocenę rzeczywistości, bo ja po prostu widzę, że zachowuję się jak dziecko. Moi rodzice też to widzą. Dzisiaj rano nawet kłóciłam się o to z mamą - myśli, że jestem taka sama w stosunku do innych ludzi, ale przecież znam granice. Dom to po prostu miejsce, gdzie tych granic właśnie nie ma, gdzie mogę się uzewnętrzniać tak, jak mam na to ochotę - a przy tym doprowadzać do szaleństwa moich rodziców. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje. Jest wiele rzeczy, o których aż wstyd byłoby wspominać. Boję się samotności, potrzebuję czyjejś obecności nawet, jeśli miałoby to po prostu być siedzenie obok. Potrzebuję kontroli, potrzebuję uwagi. W chwilach słabości potrzebuję się wypłakać, przytulić się do mamy. Tak, 18 lat. Jestem coraz bardziej nerwowa, a kiedy się denerwuję - krzyczę, drę się, po prostu. Nie panuję nad emocjami. Nie potrafię ich kontrolować. Jestem chodzącą bombą zegarową, nie mam pojęcia, kiedy przyjdzie jaki nastrój, jak "postanowię" się zachować. Mogę pokłócić się z mamą, potem się z nią śmiać, za chwilę złapać jakiś denny nastrój i nie odzywać się do nikogo. Coraz bardziej wszyscy mnie denerwują, rodzice, babcia, znajomi, mam wrażenie, że nigdzie nie pasuję, że wszyscy naokoło tylko mnie denerwują, są zupełnie inni. Jestem coraz bardziej aspołeczna. Coraz częściej wśród ludzi mam ochotę po prostu usiąść gdzieś sama i z nikim nie rozmawiać. Z drugiej strony chcę się z ludźmi integrować, ale nie potrafię. Naprawdę przeraża mnie to, co się ze mną dzieje. Przecież ja nie jestem totalnie przystosowana do funkcjonowania w społeczeństwie. Nie jestem nawet jako tako samodzielna. Z dnia na dzień czuję tylko jak zamieniam się w 5-letnie dziecko. Jakby wraz z wagą wyparowała ze mnie jakaś taka wola przeżycia, rozwoju.
Nie chce mi się opisywać tego wszystkiego, co działo się przez ten (kolejny) rok, bo, jak się okazuje, udaje mi się pisać mniej więcej raz na rok. Za dużo się działo. A ja mam taki mętlik w głowie, że nawet ciężko mi to jakoś wszystko sklecić.
Raz na jakiś czas pojawia się jakaś taka wola przetrwania, rozwoju, postępu. Raz na jakiś czas patrzę na siebie albo zastygam w jakiejś takiej refleksji, że ja przecież nie chcę tak żyć. Że chcę być jak każda normalna dziewczyna, a przy tym wyglądać, jak każda normalna dziewczyna. Chcę być zwykła. Chcę wreszcie zwyczajnie funkcjonować. Ale kuźwa, jaka to jest daleka droga, przecież ja teraz jestem jakimś kompletnym nieporozumieniem... Moim mózgiem rządzą dwa hasła: jedzenie i treningi. Wszystko kręci się wokół tego. Można mnie spotkać albo w kuchni, albo na siłowni. Tracę miliony godzin na to, co mnie zabija.