Hej, to znowu ja. Piszę do Ciebie 18 maja, dokładnie tydzień przed urodzinami. Jest 21:57, siedzę w bibliotece, mama czyta książkę, pewnie zastanawiając się, co mogę tak długo pisać na komputerze bez podręczników na kolanach.
Jeśli zdziwiłaś się, kiedy zobaczyłaś 42,5 kg, teraz chyba zejdziesz na zawał. 39,5. Najgorszy stan, jaki "udało" mi się osiągnąć. Najmniejsza liczba, jaką widziałam, to 39,4 w sobotę. Jakby co, nie ważę się już codziennie. Przestałam po wyjściu ze szpitala. Kiedy postanowiłam sobie, że będę próbować z tym walczyć, pomyślałam, że lepiej będzie mi zaakceptować większą wagę bez ważenia się tak często. Postawiłam sobie warunek, że mogę tylko w weekendy i faktycznie się udaje. Ostatnio ważyłam się wczoraj rano, bo wiedziałam, że idę do psychiatry.
Co się zmieniło od sierpnia?
Zacznijmy od festiwalu, kiedy znów postanowiłam sobie, że mogę sobie pozwolić na nieco więcej. Był jarmark, chciałam próbować ciekawych dań. Wieczorem, kiedy byliśmy na rynku z rodzicami, obładowałam się baklavami i proziakami, próbowałam ciasteczek, czekoladek. Dodatkowo praca u Thanga zmusiła mnie do zjedzenia od czasu do czasu czegoś u nich albo obiadu w biegu na rynku. Od razu pojawiał się głos, ile to może mieć kalorii, kiedy ja to spalę, wyrównam. Pod koniec wakacji miałam dwie imprezy urodzinowe, wtedy też nie jadłam zbyt oszczędnie, naprawdę to był ogrom jedzenia. Chyba nie miałam aż takich wyrzutów sumienia, skoro na rozpoczęciu roku nawet zjadłam frytki. Mniej więcej wtedy zostałam wegetarianką. To było jakieś takie naturalne, po prostu przez pewien czas na obiad jakoś tak, zupełnie nieświadomie, nie było potraw mięsnych, a potem pomyślałam, że skoro wcale mi nie szkoda tego mięsa, to mogę spróbować czegoś nowego.
Nie mam pojęcia, co się we mnie działo wtedy, na początku roku, nie potrafię sobie przypomnieć. Wiem, że do szkoły brałam jakieś niewielkie drugie śniadania, zazwyczaj jogurt z owocami i płatkami. Ale to nie trwało długo. Możliwe, że to wtedy, pod koniec września, waga pokazała ok. 45 kg. Wydawałoby się, że mogłam wrócić do normy, ale się nie udało. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale znowu odezwała się anoreksja. Drugie śniadania zniknęły, obiady były ograniczane, kolacji właściwie nie było. Za to pojawiły się pierwsze kompulsy. Nagle okazało się, że uwielbiam winogrona. Anoreksja zamieniała się w bulimię. Bulimia nie zadowalała się kilkoma owocami, musiała zjeść kilogram na raz. Potem wyrzuty sumienia, przeliczanie, ile to mogło ważyć, ile to mogło mieć kalorii, przecież na pewno nie tak dużo... Od tamtej pory bulimia wkradała się bardzo często. Zaczęło się podjadanie. Nie lubię podjadania - ja, nie anoreksja ani bulimia, ja nie lubię. Nie uważam, żeby to było zdrowe. A w takiej formie, jaką to przybrało wtedy, już z pewnością. Wtedy zaczęły się napady, kiedy to mogłam biegać po kuchni i jeść po kolei wszystko. Wylizywać sos z obiadu, jeść suche płatki śniadaniowe. No dobrze, wtedy nie było aż tak źle. Powiedzmy, że pierwszy poważny kompuls pojawił się przed świętami. Byłam wtedy już dosyć wykończona, bo pamiętam, że któregoś dnia poszłam rano na jakieś badania na alergię, potem do szkoły na parę lekcji, a do domu wracałam tak głodna, że bolała mnie cała klatka piersiowa (bardzo znajome teraz). Kiedy wpadłam do domu, rzuciłam się na płatki w szafce, obiad, czułam się taka pełna... Czułam się źle, ale trudno, trzeba żyć dalej, prawda? Ile razy miałam ochotę po prostu to wszystko zwrócić, ale nie potrafiłam. Próbowałam. Nie udawało się. Potem przygotowania do świąt, co chwilę podjadanie kremów, ciast, tutaj trochę, tutaj trochę, ostatecznie nazbierało się całkiem sporo i to też trochę mnie dobiło. Na same święta też znów jadłam więcej. Była różnica między tym, co działo się latem - tym razem podczas samego jedzenia towarzyszyły mi wyrzuty sumienia, anoreksja kazała w takim razie od następnego dnia robić "detoks". Cóż, niestety się nie udawało. Po świętach byłam jeszcze na siłowni, mniej więcej w połowie grudnia zaczęłam z koleżankami chodzić na jumpy. Następnego dnia miałam wizytę w sprawie bilansu u lekarza rodzinnego. No i się zaczęło.
Pani doktor złapała się za głowę, kiedy zobaczyła na wadze 43 kg, a anoreksja wrzeszczała, że wszystko zepsułam, bo przecież było mniej, stać mnie było na więcej. Zepsułam to świętami, kompulsami przedświątecznymi. Ale zewnętrznie milczałam. Potem okazało się, że mam problem z sercem, więc od razu dostałam skierowanie do szpitala. Powiedzieli, że lepiej będzie przyjść po nowym roku, bo nie ma sensu mnie trzymać na sylwestra. Sylwester to kolejne jedno wielkie obżarstwo, prawie do granic wytrzymałości. Kładłam się spać z postanowieniem, że następnego dnia naprawdę nic nie zjem. Jak wyglądał 1 stycznia? Jeden posiłek. Dokładnie jeden, którym była odrobina gotowanych warzyw. To było wszystko. Anoreksja wtedy wygrała.
W poniedziałek trafiłam do szpitala. Jeszcze nie wiedziałam, że chcą mnie tam zatrzymać na parę dni, nie tylko na jeden. Nie chciałam siedzieć w szpitalu. Znowu mnie ważyli, było około 43,5, a anoreksja śmiała się, że nie widzieli najlepszego. Dla lekarzy już ta waga była stanem alarmującym, a ja biłam się z myślami, miałam przecież silne postanowienie, że muszę schudnąć, muszę to wszystko "naprawić", nie mogę jeść. Pamiętam, że któregoś dnia przed snem, chyba jeszcze przed sylwestrem, układałam w głowie plan, jak to będę ograniczać jedzenie w styczniu. Tymczasem dostałam nadzór i to najgorszy, na jaki mogłam trafić. Lekarz, kompletnie niedostosowany do młodzieży, na wiadomość, że jestem wegetarianką, przekreślił wszystko. Wtedy z jedzeniem pilnowała mnie trochę mama, rano jadłam dwie kromki, na obiad przyniosła mi 2 papryki faszerowane (dosyć spora porcja), na kolację też musiałam zjeść kromkę, a w międzyczasie jadłam owoce - winogrona i owoce suszone. Dla lekarza wszystkie moje posiłki były niczym, krzyczał, że to porcje dla niemowlaka. Gdybym miała jeść szpitalne dania to szybciej wróciłabym do "stanu wyjściowego" (któregoś dnia dzieci dostały bułkę i garść chrupek kukurydzianych). Przekreślił wszystkie moje problemy - brak okresu, bradykardia - zajął się wmawianiem mi, że mam anoreksję, a ja wtedy byłam przekonana, że to niemożliwe. Miałam rozmowę z psychologiem, psychiatrą. Wiedziałam, że mają rację, rozumiałam to. Dlatego mama nie zgodziła się żeby wysłać mnie wtedy do psychiatryka. Po wyjściu ze szpitala podarłam skierowanie i temat się zakończył.
Moje jedzenie wyglądało całkiem normalnie, chociaż dalej uważałam na porcje i anoreksja liczyła kalorie. Okazało się nagle, że owoce suszone są bardzo kaloryczne, dlatego wyrzuty sumienia były na porządku dziennym. Jakiś czas później poszłam na urodziny koleżanki. Postanowiłam, że uwolnię się od wszystkiego i po prostu będę się cieszyć. Znów przejadłam się, rozsadzało mi żołądek, nie mówiąc o psychice. Dokładnie tego dnia pojawił się w głowie plan: dobrze, skoro mam jeść więcej, będę ćwiczyć. Nie podobał mi się mój brzuch (tak jak zawsze), więc wychodziłam z założenia: jeśli chcę, żeby coś się zmieniło, muszę sama to zmienić. Od następnego dnia posiłki były znów coraz mniejsze, a do tego doszły treningi. Tylko mięśnie brzucha, tylko siłowe. I wtedy też non stop towarzyszyło mi to cholerne podjadanie. Zaczęły się ferie, pół dnia spędzałam w domu, dużo uczyłam się do olimpiady. Na śniadanie zawsze ta sama owsianka (w dużej misce), potem trening, w międzyczasie ciągłe podjadanie, później nauka i czekanie z utęsknieniem na porę obiadu, zupa (zawsze jadłam zupę), nauka, drugie danie, ciągłe podjadanie, po południu zazwyczaj gdzieś wychodziłam. Pod koniec dnia szybki bilans. Ile mogłam spalić, a ile zjadłam, plus to, co wpadło mi w ręce po drodze (zazwyczaj były to winogrona, suszone owoce, ulubiona prażona ciecierzyca, orzechy lub to, co leżało akurat na blacie). Nie czułam się dobrze. Pojechałam raz na narty, ale nie byłam w stanie funkcjonować z wychłodzenia. Przemęczyłam jeden dzień, ale na drugi wyjazd już nie pojechałam. Wychodząc z domu, ubierałam na siebie 10 warstw, bałam się iść na łyżwy, bo wiedziałam, że przemarznę, ale jakoś dawałam radę. Ciągłe liczenie, kalkulowanie, wyrzuty sumienia, bo zdarzało mi się zjeść to, a nie to.
Kolejne miesiące mijały bardzo podobnie. Posiłki powoli były ograniczane, a podjadanie spotykało się z ostrą krytyką. Było coraz agresywniejsze. Codziennie obowiązkowy trening. Anoreksja żałowała, że siłowe spalają tak mało kalorii. Szczerze? Dały efekt. Naprawdę. Nie podobał mi się mój brzuch, wmawiałam sobie, że to skóra, która została po mnie "za młodu", ale gdzieś z tyłu głowy anoreksja mówiła mi, że to tłuszcz. Faktycznie tak mogło być, skoro po tych paru miesiącach treningów siłowych zmieniła się zupełnie budowa mojego brzucha. Z zadowoleniem napinałam "mięśnie", co musiało wyglądać komicznie przy wystających żebrach, miednicy i obojczykach, ale przyznam zupełnie z czystym sercem, jako ja, Emilka - coś się zmieniło, na plus. Cóż, anoreksja dalej nie była zadowolona. Nie akceptowała tego, że brzuch był lekko wzdęty, po jedzeniu "napompowany", dla niej ZAWSZE miał być idealnie płaski i gładki. Żadne prawa biologii nie miały znaczenia (i nie mają do dziś). Skoro już udało mi się brzuch częściowo "spłaszczyć", nagle przeszkodą była sama jego budowa. Nie podoba mi się to, że przy siedzeniu robi się większy, mam bardzo luźną skórę. Anoreksja mówi mi, że są dziewczyny, które naprawdę mają szczupły brzuch. Nie ma u nich tego, co jest u mnie. To ją denerwuje najbardziej - chce być taka, jak one. To niesprawiedliwe, że niektórzy mogli urodzić się z idealnymi proporcjami, a ja mimo walki nadal nie jestem zadowolona. Chyba pomogłaby mi tylko operacja plastyczna. Nienawidzę go i koniec - to jest główny impuls, dla którego wiem, że próby walki z anoreksją by się nie udały. Brzucha nienawidzi też Emilka, nie tylko anoreksja. Ale do teraźniejszości przejdę później.
Owsianki robiły się mniejsze i mniejsze... czasami połowa lądowała w koszu... któregoś dnia zniknęły w ogóle pod pretekstem "znudziło mi się". W lutym założyłam instagrama z gotowaniem, coraz więcej gotowałam, uświadomiłam sobie, że to moja pasja. Założyłam sobie, że gotować będę po wegańsku - kolejny eksperyment. Nie chodzi tu o prawa zwierząt i tak dalej, po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a do tego trochę odrzucało mnie to, jak bardzo te wszystkie produkty są nafaszerowane chemią i przetworzone. Tak więc gotowałam sobie obiady, wstawiałam je na instagrama. Wszystko musiało być przemyślane. Kolacja raz była, raz jej nie było. O słodyczach nie było mowy, wtedy w trakcie postu nie jadłam słodkiego. Ogólnie rzecz biorąc, nic ciekawego. Raz zupełna głodówka, porcje bardzo małe, raz kompulsy i wyrzuty sumienia, w zależności od dnia. Ciągłe liczenie, podsumowywanie, stawanie pod koniec tygodnia na wadze i obserwowanie zmian. Nie akceptowałam swojego podjadania, nienawidziłam tego, nie dawało mi to spokoju. Dlatego byłam przybita, rozdrażniona, zakładałam całodniowe głodówki.
Na święta wielkanocne względnie udało mi się zachować normalność, jadłam ciasta (+ kompulsy, znowu), ale nawet nie czułam wyrzutów sumienia. Nie przestawałam z ćwiczeniami, sama dużo gotowałam i piekłam. Było dobrze, ale po świętach złapała mnie okropna depresja... Z innego względu, o którym pisać tutaj nie ma sensu. Ten okres pamiętam już dosyć dobrze. Bardzo małe śniadania, dokładnie liczone obiady i na kolację jedna albo dwie kromki. Zawsze. Karciłam się za podjadanie, zmuszałam, żeby tego nie robić, ćwiczyłam. Kompulsy były coraz gorsze, za co znów głodówka albo intensywniejsze ćwiczenia.
Później pojechałam do Warszawy na parę dni. Cieszyłam się, że mimo że jem w restauracjach, a więc nie wiem dokładnie, co jest w daniu, to jem regularnie i nie mam jak podjadać, bo nie jestem u siebie, a i tak całe dnie chodzę po mieście. Anoreksja mówiła mi, że może lepiej przystopować, może to za dużo. I faktycznie trochę przytyłam, ale to nieważne. Ważne są kompulsy, które potem się zdarzały. W niedzielę, w dzień powrotu, był chyba największy ze wszystkich. Pochłaniałam dosłownie wszystko. Kroiłam placka, wyjadałam wszystko ze słoików w lodówce, płatki z szafki, wszystkie moje zapasy "zdrowych" dodatków które trzymałam gdzieś w koszyczku, to trwało dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Wpadłam w szał, jakiego nigdy nie miałam. Kompulsy miałam cały dzień, po czym siadłam i rozpłakałam się. Nienawidziłam siebie. Wtedy postanowiłam, że skończę z tym i od następnego dnia będzie głodówka...
Zaczęła się szkoła po przerwie majowej, udało mi się częściowo zapanować nad kompulsami. Nie były już takie poważne, ale posiłki zmniejszyły swoją objętość radykalnie. Kolacji unikałam jak tylko mogłam. Zupa lądowała w zlewie, obiad był ograniczany, śniadanie - minimum, pomiędzy - nic. No i w ten sposób docieramy do dziś. Jestem po 2 wizytach u psychologa i jednej u psychiatry. Jestem na skraju wycieńczenia. Nie mam na nic siły, tym bardziej na walkę ze sobą. Chyba się poddałam. Może ja tak naprawdę chcę już być w tym szpitalu? Może przydałby mi się taki "detoks", przy okazji od ogromu innych lęków i problemów. Lekarze mi pomagają, bardzo. Dostałam antydepresanty, ale na razie czuję tylko skutki uboczne. To powinno minąć. Ten tydzień to horror, jem śladowe ilości. Dzisiaj zjadłam kolację, anoreksja pozwoliła mi, bo miałam dosyć intensywny dzień, który sama nie wiem jak przeżyłam praktycznie bez energii. Nie wiem, jak będzie jutro. Boję się wfu, a anoreksja będzie kazała mi jeszcze ćwiczyć. Wiem, że każda forma sprzeciwu skończy się niepowodzeniem. Wiem, że jest źle, ale nie wiem, czy ja tak naprawdę wcale nie chcę tyć. Możliwe, że zaraziłam się już od anoreksji. Nienawidzę siebie, nienawidzę swojego wyglądu, nienawidzę swojej wagi. Nienawidzę swoich kości, a jednocześnie nienawidzę brzucha. Nienawidzę tego więzienia. Nienawidzę tego, że nie mogę zjeść co mi się podoba. Nie jestem w stanie zjeść lodów, nie potrafię.Mogę jeść tylko to, co sama zrobię. Nie wiem, jak potoczy się to wszystko na moich urodzinach. A potem kolejna wizyta u psychiatry, może szpital mnie uwolni.
czwartek, 18 maja 2017
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Moja paranoja, czyli błędne koło
Pierwszy post chciałabym napisać o tym, co męczy mnie najbardziej, co w tym momencie pochłania całą mnie.
Zacznijmy od krótkiego przedstawienia mojej sylwetki na dzień dzisiejszy:
Emilia, lat 16 z kawałkiem, wzrost: 158 cm, waga: 42,5 kg.
No właśnie.
W tym momencie powinny Ci się otworzyć oczy ze zdziwienia, chociaż pewnie pamiętasz te czasy, nie? Jestem ciekawa, jak teraz wyglądasz. Błagam Cię, nie mów, że wróciłaś do dawnych czasów, bo na widok tego posta znowu zrobisz coś głupiego.
Nigdy nie chciałam tego stanu nazywać odchudzaniem, po prostu pod koniec stycznia, nazwijmy to tak - zaczęłam zdrowy tryb życia. I może faktycznie na początku tak to wyglądało. Zmiana niektórych nawyków, które jakoś specjalnie niezdrowe nie były, bo - nie oszukujmy się - nigdy nie obładowywałam się słodyczami, fast foodami i chemią, nawet jeśli zdarzyło podjadać mi się jakieś czekoladki, to przecież 99% społeczeństwa tak robi! Poza tym jako dziecko w podstawówce/gimnazjum potrzebowałam energii, nawet z tych kilku kostek czekolady. 40-letnia kobieta mogłaby się powstydzić, ale nie rozwijająca się dziewczyna. Mimo wszystko nie byłam zadowolona ze swojego życia i z własnej decyzji postanowiłam je zmienić. Nikt mnie nie powstrzymywał ani nie zachęcał, wszyscy mieli podejście "Hm, no okej, w porządku" z przysłowiowym pokerfacem, no bo kogo miałoby to obchodzić? Dodajmy, że styczeń 2016 roku to stan "pozawałowy", kiedy moja waga wreszcie się unormowała. Chociaż to nie do końca było tak. Chyba pamiętasz, że drastycznie schudłam na przełomie podstawówki i gimnazjum, nie robiąc nic tak szczególnie oprócz lekkiej modyfikacji żywienia i minimalnego wysiłku fizycznego. Wtedy wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, pytali mojej mamy czym mnie karmi, a raczej czym mnie nie karmi. Byłam z siebie dumna, cieszyłam się, byłam zadowolona nawet z tego wyglądu i tej wagi, chociaż to dalej była górna norma. Z czasem to się zmieniało. Dojrzewająca nastolatka, ot co. Mój wygląd zaczął być dla mnie ekstremalnie ważny i oszalałam na tym punkcie. Właściwie szczególnego spadku wagi nie było. No, może na chwilę, później jakoś przestało mnie to obchodzić, żyłam normalnym rytmem, wciąż ważąc się codziennie (obsesja), ale nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie zaczęłam znowu "tyć". Nikt nie zauważył, nie było różnicy, naprawdę, uwierz mi! Ale nie, ja musiałam być mądrzejsza. 3 gimnazjum to znowu takie lekkie podłamanie psychiczne. W sumie przytyłam po wakacjach, naprawdę. To nie było dużo, ile mogłam ważyć, 57-8 kg? Nawet nie. Ale to za dużo, prawda?
No dobrze, strata kilku kilogramów nikogo nie zabiła, może nawet sprawiła że byłabym zdrowsza, silniejsza, bardziej pewna siebie, więc dlaczego nie spróbować ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA?
Oj, w co ja się w tym momencie wpakowałam.
Gdyby poprzestało na tym stanie, to nigdy nie byłabym w tym miejscu. To była może dobra zmiana, ale popatrz, do czego doprowadziła. Zaczęło się niewinnie, zamiana białego chleba na ciemny (ileż nieudolnych prób w ciągu całego mojego życia...), niesłodzenie herbaty, niedodawanie masła na kanapki, zamiast kanapki na drugie śniadanie - mus owocowy, ewentualnie sałatka, nawet jeśli nie to ciemne pieczywo, nie jasne (a kanapki były już rzadkością). Jakieś jogurciki, nie-jogurciki, owocki, super, zdrowie samo w sobie! Na początku lutego (dokładnie od 1?) zaczęły się ćwiczenia. Rewelacyjnie, poprawisz kondycję, spalisz tłuszcz, wyrobisz mięśnie i nabierzesz siły, 5 zł na tą inicjatywę! I faktycznie tak to funkcjonowało przez... 2-3 miesiące? Dosyć długo. Były przerwy w ćwiczeniach i lekkie skoki w bok od ZDROWEGO ŻYWIENIA.
Byłam po prostu przemęczona. Codzienny, szkolny bieg, mnóstwo obowiązków, a trzeba to było godzić z regularnymi posiłkami (koniecznie co 4 godziny!) i ćwiczeniami, które zajmowały czasami 2 godziny. Po tych wszystkich tygodniach wyrzeczeń, ciągłego zmęczenia i bólu byłam po prostu wycieńczona. A w dodatku stawałam przed lustrem, podciągałam koszulkę, opuszczałam spodnie i widziałam zawsze to samo. Łzy cisnęły się do oczu, paznokciami prawie przebijałam skórę jakbym miała coś tym zmienić. Ciągłe niezadowolenie z siebie, które nawet rosło. Były momenty radości, pocieszania się, że "o, chyba mi przybyło mięśni!". Siła wcale się nie poprawiła, kondycja też, tłuszcz nie znikał, a minęły przecież 3 miesiące. Co w tym jest, co robię źle? ZDROWY TRYB ŻYCIA chyba na mnie nie działa.
Co było dla mnie przyczyną? Żywienie. Pewnie muszę źle jeść. Może jem za dużo?
W porządku Ema. Ograniczymy jedzenie, jak sobie życzysz.
Ta decyzja doprowadziła mnie do tego miejsca.
Na początku też było niewinnie, bo zmniejszył się rozmiar drugiego śniadania, na obiad nakładałam sobie mniej, starałam się szukać niskokalorycznych zamienników dosłownie wszystkiego. Nie jestem w stanie podać momentu, w którym zaczęłam robić to, co chyba zostanie w mojej głowie do końca życia. Zaczęłam liczyć kalorie, hasło "ile kalorii ma..." jest w słowniku mojego telefonu chyba na pierwszym miejscu. Co? Naleśnik ma aż tyle? No dobra, zjem jednego. Mama zrobiła pierogi. Pierogi też takie kaloryczne? Biegnę po wagę kuchenną, ważę pieroga. Uff, jest lżejszy niż podaje strona. To będzie jakieś 20 kalorii mniej. No ale mama robi je na pewno z innego przepisu. Może tutaj dodali więcej masła, mleka, sera, whatever. T o n i e m o ż e b y ć t a k i e k a l o r y c z n e.
No dobra Ema. Zjemy 5 pierogów. Trudno się mówi, trzeba cierpieć. Do tego żadnego kefiru, jogurtu, o maśle nie mówiąc! Trudno, trzeba cierpieć. Cierpienie jest dobre.
Głód jest dobry.
Pamiętasz, kiedy ten głos się pojawił?
Ja nie i szczerze chciałabym wrócić do tego momentu i to cofnąć. Skąd on się wziął? Przyszedł tak nagle nieproszony i zamieszkał chyba na stałe, bo do tej pory go słyszę. Ale musi mieć niezły respekt skoro mój mózg bezwarunkowo słucha go w pierwszej kolejności, nie zwracając uwagi nawet na bodźce wysyłane przez organizm. Organizm przy nim to nic. Dzieci i ryby głosu nie mają. Niezły jest.
A gdyby tak w ogóle zmniejszyć porcje? Waga nie spada, więc trzeba coś zrobić! Zamiast dwóch kromek - jedna, zamiast czterech ziemniaków - dwa. A może bez ziemniaków? Przecież są kaloryczne. Wezmę ryż. Co? Tyle kalorii w ryżu? Ehh, no dobra, wezmę pół szklanki. Niech wam będzie. Trzeba cierpieć.
I tak życie płynęło do pewnego kwietniowego popołudnia, kiedy górę wzięło lenistwo. Niee, nie chce mi się ćwiczyć. Następny dzień - mam długi weekend, nie będę go psuć bolącymi mięśniami. Kolejny - w sumie to nieee, nie chce mi się. I to nie chce mi się trwa do teraz. Koniec z ćwiczeniami.
Ale zaraz, skoro nie będę ćwiczyć, to chyba muszę to czymś zastąpić.
Wiem.
Jutro nie zjem nic!!!
Ten dzień. Kwiecień, a może maj. Co najgorsze, faktycznie jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zjadłam może kromkę, może pół obiadu, kolacja została wyeliminowana. I tak to wszystko się zaczęło. Moja paranoja. Kromki ze śniadania przykrywałam drugimi (przynajmniej chleb szybciej się skończy), pakowałam w folię i rozdawałam w szkole. Zostawiałam sobie czasami jedną, skrupulatnie licząc, ile ma kalorii (cholera, dlaczego chleb musi być taki kaloryczny!!!), wycinałam z szynki kształt wnętrza kromki, reszta leciała do miski kota (Mela lubi szynkę, ucieszy się), ser lądował z powrotem w miseczce, została tylko biała smuga (smak poczuję, więc po co mam jeść go aż tyle?). Do szkoły leciał jogurt z płatkami. Chwila, po co mi te płatki. Chwila, po co mi jogurt. Przecież mogę wytrzymać 8 godzin bez jedzenia, co to dla mnie. Dam radę. Dzisiaj WF, no dobra, wezmę mały jogurt. Ten bez tłuszczu, tylko 100 kalorii. Może być. Na obiad koniecznie mały talerzyk, żeby mniej się zmieściło. Ryżu tylko tyle, kaloryczny. Troszkę mięska, ale bez sosu. O, warzywka, warzywka są git. Poleci ich trochę więcej. Kolacja? To już prawie noc, po co mi energia.
Zdajesz sobie sprawę z tego, że jadłaś dziennie mniej niż 1000 kalorii? Mało tego! Mniej niż 800, czasami wyliczałaś całość na 500.
Wakacje. Wyjazd do Oluni. Kolejny etap mojej przygody. Ej, stara, jesteś na wakacjach! Daj spokój, musisz spróbować tego naleśnika. Jesteś głodna, weź jeszcze jednego. Daj spokój, trzeba próbować lokalnych przysmaków, drugiej okazji nie będzie! Jest 24, ale wiecej nie zobaczysz food trucka z panini na gdyńskiej plaży! No weź, Olka też coś zamówiła. To tylko naleśnik, ale kanapka przynajmniej z pomidorem i mozarellą, w miarę dietetycznie, co nie?
Modliłam się, żeby po powrocie nie zobaczyć 5 kg więcej. Na szczęście nie było więcej. Tylko ciut, ale to się zaraz poprawi...
Wróć, tego nie miało być.
Gdybym mogła, cofnęłabym to.
Paranoja, w jaką wpadłam po powrocie, po prostu przerasta wszystko. Aż strach pomyśleć, że to było miesiąc temu. Zaczęła się najgorsza faza. To wtedy jadłam pewnie mniej niż 500 kalorii. Ale poskutkowało, Ema, stara, znowu schudłaś, to nasz wielki sukces! Tylko 42, marzyło ci się to kiedyś?! Łał, pełen szacunek!
Noo dobra, to już się zaczęło robić straszne, był moment że pojawiło się poniżej 42, to jest za mało. Zdecydowanie. I co teraz? Zaczniesz jeść wszystko, to przytyjesz. Utrzymasz ten stan, schudniesz jeszcze bardziej. Halo, co mam robić?
Kolonia we Włoszech. Znowu obudził się ten głos, który każe cieszyć się życiem i czerpać radość z pobytu za granicą. Lokalne przysmaki, stara! Na początku nie było łatwo, 1/3 makaronu, bo makaron jest kaloryczny. I ten sos pewnie też do najchudszych nie należy. Koleżanki patrzyły przestraszone jak nabijam kluskę na widelec, otrząsam z sosu i popijam od razu wodą. Tak jak nigdy nie piłam szczególnie dużo wody, tak przy włoskich obiadach leciało kilka szklanek. Mięso? Niee, za dużo. Owoc na deser. Spoko, owoce są spoko. Z dnia na dzień znikało coraz więcej klusek z talerza. Znienawidzony głos przebijał się gdzieś nieznacznie co jakiś czas, przez co na śniadanie lądowała miseczka jogurtu z odrobiną musli (miseczka wielkości pokrywki od małego milkshake'a), makaron był odsuwany na brzeg, a mięso dostawało kolejne "no, thanks". Ale w ostateczności te dwa ogromne kawałki pizzy i 3-smakowe lody to chyba nic strasznego?
Ej, wolno mi! Przecież jestem za chuda, powinnam jeść!
Kolejny etap: mode on.
W dzień wyjazdu włączył się znów głos, który zabronił jeść czegokolwiek. W ten oto sposób w żołądku smętnie leżała tylko zmiażdżona śliwka. Powrót do domu. Hej, jestem głodna! Co tam dzisiaj nagotowaliście? A co to mama za placka zrobiła? Pewnie, spróbuję wszystkiego! Otwieramy włoskie ciastka, jeej! Kurde, jaki ten placek jest cholernie dobry...
Ile wtedy wylądowało w moim żołądku w ciągu 4 godzin? Nikt nie jest w stanie policzyć. No ale jest okej, nie przytyłam nawet tak bardzo...
Mimo wszystko trzeba się jakoś ogarnąć, co nie...
Faza od sierpnia? Ciężko ją określić. Pomieszanie lekkiej bulimii z tym, co było wcześniej... Momentalne obżeranie się "bo mi wolno", a potem płacz i poczucie winy, bo "brzuch napompowany". Niby od początku sierpnia jest tryb ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA. Ale, cholera jasna, co ja robię ze sobą?
W tym momencie jestem na etapie umówionej wizyty z dietetykiem i spisywania dokładnie tego, co jem, łącznie z wagą i określeniem składu. Mam taki mętlik w głowie, że nie napiszę o sobie nic. Wczoraj cały dzień byłam głodna. Dokładnie wszystko kontrolowałam, więc to tak trochę stan "sprzed". Uważałam na ilość i kaloryczność. Z drugiej strony, zjadłam coś słodkiego, wybrałam kaloryczny, choć zdrowy, chleb. Niby wszystko spoko, więc co w tym złego? Ano to, że mój mózg nie potrafi wybaczyć sobie, że wieczorem pozwolił sobie na te paluszki i przeżywa to jak mrówka okres. Brzuch napompowany, nie jest płaski!!!!!!!!! Aaaaa!!!!!!!
Jeśli to czytasz, mam nadzieję, że jakoś się z tego wydostałaś. Mam nadzieję, że mi też się uda.
Podsumowanie? Popatrz na słowa dużymi literami. Zdrowy tryb życia? Naprawdę? Co ty dziewczyno ze sobą zrobiłaś?
Chociaż jestem zadowolona ze swojej wagi, dalej nienawidzę swojego wyglądu. Nienawidzę tego, że jestem ciągle głodna, ale, cholera jasna, nie mogę jeść bo napompuje mi się brzuch i nie będzie płaski! Nie mogę jeść tego co chcę i ile chcę, bo przytyję! Mam momenty słabości, kiedy okładam się jedzeniem, a potem żałuję i głoduję kilka dni żeby to nadrobić. Płaczę, kiedy waga pokazuje więcej niż 43. Od razu chcę głodówkę, żeby to zmienić. A wtedy jestem tak cholernie głodna, że okładam się jedzeniem i... błędne koło. Chociaż to "okładanie się jedzeniem" ciężko nazwać tym faktycznie (chociaż mój skurczony żołądek inaczej rozumie poczucie sytości), bo te ilości są naprawdę małe, ale nie dla mojego mózgu. Podjadanie, słodycze "bo-mi-wolno", potem płacz, głodówka. Ciągły głód. Ilekolwiek bym nie zjadła, cokolwiek bym nie zjadła, non stop jestem głodna, a do tego ciągłe liczenie kalorii, łapanie się za głowę, kiedy okazuje się, że deser truskawkowy to wcale nie kwestia kaloryczności samych truskawek... Ale mi wolno... Wolno mi, powinnam jeść, jestem za chuda, muszę jeść... Ale nie, bo brzuch, będzie napompowany, nie bedzie płaski... W spodniach z wysokim stanem musi być perfekcyjnie płaski... Pod dłonią muszę nie czuć "górki", musi być płasko... Płasko... Ale ja chcę jeść... Jestem głodna, cholera jasna, ale jak zjem, będę pełna, dalej będę odczuwać głód, mnie się nie da nasycić, ale nie mogę jeść ile chcę bo przytyję!
Taka sobie paranoja. Popatrz, co zrobiła nasza koleżanka ze stycznia 2016.
Zacznijmy od krótkiego przedstawienia mojej sylwetki na dzień dzisiejszy:
Emilia, lat 16 z kawałkiem, wzrost: 158 cm, waga: 42,5 kg.
No właśnie.
W tym momencie powinny Ci się otworzyć oczy ze zdziwienia, chociaż pewnie pamiętasz te czasy, nie? Jestem ciekawa, jak teraz wyglądasz. Błagam Cię, nie mów, że wróciłaś do dawnych czasów, bo na widok tego posta znowu zrobisz coś głupiego.
Nigdy nie chciałam tego stanu nazywać odchudzaniem, po prostu pod koniec stycznia, nazwijmy to tak - zaczęłam zdrowy tryb życia. I może faktycznie na początku tak to wyglądało. Zmiana niektórych nawyków, które jakoś specjalnie niezdrowe nie były, bo - nie oszukujmy się - nigdy nie obładowywałam się słodyczami, fast foodami i chemią, nawet jeśli zdarzyło podjadać mi się jakieś czekoladki, to przecież 99% społeczeństwa tak robi! Poza tym jako dziecko w podstawówce/gimnazjum potrzebowałam energii, nawet z tych kilku kostek czekolady. 40-letnia kobieta mogłaby się powstydzić, ale nie rozwijająca się dziewczyna. Mimo wszystko nie byłam zadowolona ze swojego życia i z własnej decyzji postanowiłam je zmienić. Nikt mnie nie powstrzymywał ani nie zachęcał, wszyscy mieli podejście "Hm, no okej, w porządku" z przysłowiowym pokerfacem, no bo kogo miałoby to obchodzić? Dodajmy, że styczeń 2016 roku to stan "pozawałowy", kiedy moja waga wreszcie się unormowała. Chociaż to nie do końca było tak. Chyba pamiętasz, że drastycznie schudłam na przełomie podstawówki i gimnazjum, nie robiąc nic tak szczególnie oprócz lekkiej modyfikacji żywienia i minimalnego wysiłku fizycznego. Wtedy wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, pytali mojej mamy czym mnie karmi, a raczej czym mnie nie karmi. Byłam z siebie dumna, cieszyłam się, byłam zadowolona nawet z tego wyglądu i tej wagi, chociaż to dalej była górna norma. Z czasem to się zmieniało. Dojrzewająca nastolatka, ot co. Mój wygląd zaczął być dla mnie ekstremalnie ważny i oszalałam na tym punkcie. Właściwie szczególnego spadku wagi nie było. No, może na chwilę, później jakoś przestało mnie to obchodzić, żyłam normalnym rytmem, wciąż ważąc się codziennie (obsesja), ale nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie zaczęłam znowu "tyć". Nikt nie zauważył, nie było różnicy, naprawdę, uwierz mi! Ale nie, ja musiałam być mądrzejsza. 3 gimnazjum to znowu takie lekkie podłamanie psychiczne. W sumie przytyłam po wakacjach, naprawdę. To nie było dużo, ile mogłam ważyć, 57-8 kg? Nawet nie. Ale to za dużo, prawda?
No dobrze, strata kilku kilogramów nikogo nie zabiła, może nawet sprawiła że byłabym zdrowsza, silniejsza, bardziej pewna siebie, więc dlaczego nie spróbować ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA?
Oj, w co ja się w tym momencie wpakowałam.
Gdyby poprzestało na tym stanie, to nigdy nie byłabym w tym miejscu. To była może dobra zmiana, ale popatrz, do czego doprowadziła. Zaczęło się niewinnie, zamiana białego chleba na ciemny (ileż nieudolnych prób w ciągu całego mojego życia...), niesłodzenie herbaty, niedodawanie masła na kanapki, zamiast kanapki na drugie śniadanie - mus owocowy, ewentualnie sałatka, nawet jeśli nie to ciemne pieczywo, nie jasne (a kanapki były już rzadkością). Jakieś jogurciki, nie-jogurciki, owocki, super, zdrowie samo w sobie! Na początku lutego (dokładnie od 1?) zaczęły się ćwiczenia. Rewelacyjnie, poprawisz kondycję, spalisz tłuszcz, wyrobisz mięśnie i nabierzesz siły, 5 zł na tą inicjatywę! I faktycznie tak to funkcjonowało przez... 2-3 miesiące? Dosyć długo. Były przerwy w ćwiczeniach i lekkie skoki w bok od ZDROWEGO ŻYWIENIA.
Byłam po prostu przemęczona. Codzienny, szkolny bieg, mnóstwo obowiązków, a trzeba to było godzić z regularnymi posiłkami (koniecznie co 4 godziny!) i ćwiczeniami, które zajmowały czasami 2 godziny. Po tych wszystkich tygodniach wyrzeczeń, ciągłego zmęczenia i bólu byłam po prostu wycieńczona. A w dodatku stawałam przed lustrem, podciągałam koszulkę, opuszczałam spodnie i widziałam zawsze to samo. Łzy cisnęły się do oczu, paznokciami prawie przebijałam skórę jakbym miała coś tym zmienić. Ciągłe niezadowolenie z siebie, które nawet rosło. Były momenty radości, pocieszania się, że "o, chyba mi przybyło mięśni!". Siła wcale się nie poprawiła, kondycja też, tłuszcz nie znikał, a minęły przecież 3 miesiące. Co w tym jest, co robię źle? ZDROWY TRYB ŻYCIA chyba na mnie nie działa.
Co było dla mnie przyczyną? Żywienie. Pewnie muszę źle jeść. Może jem za dużo?
W porządku Ema. Ograniczymy jedzenie, jak sobie życzysz.
Ta decyzja doprowadziła mnie do tego miejsca.
Na początku też było niewinnie, bo zmniejszył się rozmiar drugiego śniadania, na obiad nakładałam sobie mniej, starałam się szukać niskokalorycznych zamienników dosłownie wszystkiego. Nie jestem w stanie podać momentu, w którym zaczęłam robić to, co chyba zostanie w mojej głowie do końca życia. Zaczęłam liczyć kalorie, hasło "ile kalorii ma..." jest w słowniku mojego telefonu chyba na pierwszym miejscu. Co? Naleśnik ma aż tyle? No dobra, zjem jednego. Mama zrobiła pierogi. Pierogi też takie kaloryczne? Biegnę po wagę kuchenną, ważę pieroga. Uff, jest lżejszy niż podaje strona. To będzie jakieś 20 kalorii mniej. No ale mama robi je na pewno z innego przepisu. Może tutaj dodali więcej masła, mleka, sera, whatever. T o n i e m o ż e b y ć t a k i e k a l o r y c z n e.
No dobra Ema. Zjemy 5 pierogów. Trudno się mówi, trzeba cierpieć. Do tego żadnego kefiru, jogurtu, o maśle nie mówiąc! Trudno, trzeba cierpieć. Cierpienie jest dobre.
Głód jest dobry.
Pamiętasz, kiedy ten głos się pojawił?
Ja nie i szczerze chciałabym wrócić do tego momentu i to cofnąć. Skąd on się wziął? Przyszedł tak nagle nieproszony i zamieszkał chyba na stałe, bo do tej pory go słyszę. Ale musi mieć niezły respekt skoro mój mózg bezwarunkowo słucha go w pierwszej kolejności, nie zwracając uwagi nawet na bodźce wysyłane przez organizm. Organizm przy nim to nic. Dzieci i ryby głosu nie mają. Niezły jest.
A gdyby tak w ogóle zmniejszyć porcje? Waga nie spada, więc trzeba coś zrobić! Zamiast dwóch kromek - jedna, zamiast czterech ziemniaków - dwa. A może bez ziemniaków? Przecież są kaloryczne. Wezmę ryż. Co? Tyle kalorii w ryżu? Ehh, no dobra, wezmę pół szklanki. Niech wam będzie. Trzeba cierpieć.
I tak życie płynęło do pewnego kwietniowego popołudnia, kiedy górę wzięło lenistwo. Niee, nie chce mi się ćwiczyć. Następny dzień - mam długi weekend, nie będę go psuć bolącymi mięśniami. Kolejny - w sumie to nieee, nie chce mi się. I to nie chce mi się trwa do teraz. Koniec z ćwiczeniami.
Ale zaraz, skoro nie będę ćwiczyć, to chyba muszę to czymś zastąpić.
Wiem.
Jutro nie zjem nic!!!
Ten dzień. Kwiecień, a może maj. Co najgorsze, faktycznie jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zjadłam może kromkę, może pół obiadu, kolacja została wyeliminowana. I tak to wszystko się zaczęło. Moja paranoja. Kromki ze śniadania przykrywałam drugimi (przynajmniej chleb szybciej się skończy), pakowałam w folię i rozdawałam w szkole. Zostawiałam sobie czasami jedną, skrupulatnie licząc, ile ma kalorii (cholera, dlaczego chleb musi być taki kaloryczny!!!), wycinałam z szynki kształt wnętrza kromki, reszta leciała do miski kota (Mela lubi szynkę, ucieszy się), ser lądował z powrotem w miseczce, została tylko biała smuga (smak poczuję, więc po co mam jeść go aż tyle?). Do szkoły leciał jogurt z płatkami. Chwila, po co mi te płatki. Chwila, po co mi jogurt. Przecież mogę wytrzymać 8 godzin bez jedzenia, co to dla mnie. Dam radę. Dzisiaj WF, no dobra, wezmę mały jogurt. Ten bez tłuszczu, tylko 100 kalorii. Może być. Na obiad koniecznie mały talerzyk, żeby mniej się zmieściło. Ryżu tylko tyle, kaloryczny. Troszkę mięska, ale bez sosu. O, warzywka, warzywka są git. Poleci ich trochę więcej. Kolacja? To już prawie noc, po co mi energia.
Zdajesz sobie sprawę z tego, że jadłaś dziennie mniej niż 1000 kalorii? Mało tego! Mniej niż 800, czasami wyliczałaś całość na 500.
Wakacje. Wyjazd do Oluni. Kolejny etap mojej przygody. Ej, stara, jesteś na wakacjach! Daj spokój, musisz spróbować tego naleśnika. Jesteś głodna, weź jeszcze jednego. Daj spokój, trzeba próbować lokalnych przysmaków, drugiej okazji nie będzie! Jest 24, ale wiecej nie zobaczysz food trucka z panini na gdyńskiej plaży! No weź, Olka też coś zamówiła. To tylko naleśnik, ale kanapka przynajmniej z pomidorem i mozarellą, w miarę dietetycznie, co nie?
Modliłam się, żeby po powrocie nie zobaczyć 5 kg więcej. Na szczęście nie było więcej. Tylko ciut, ale to się zaraz poprawi...
Wróć, tego nie miało być.
Gdybym mogła, cofnęłabym to.
Paranoja, w jaką wpadłam po powrocie, po prostu przerasta wszystko. Aż strach pomyśleć, że to było miesiąc temu. Zaczęła się najgorsza faza. To wtedy jadłam pewnie mniej niż 500 kalorii. Ale poskutkowało, Ema, stara, znowu schudłaś, to nasz wielki sukces! Tylko 42, marzyło ci się to kiedyś?! Łał, pełen szacunek!
Noo dobra, to już się zaczęło robić straszne, był moment że pojawiło się poniżej 42, to jest za mało. Zdecydowanie. I co teraz? Zaczniesz jeść wszystko, to przytyjesz. Utrzymasz ten stan, schudniesz jeszcze bardziej. Halo, co mam robić?
Kolonia we Włoszech. Znowu obudził się ten głos, który każe cieszyć się życiem i czerpać radość z pobytu za granicą. Lokalne przysmaki, stara! Na początku nie było łatwo, 1/3 makaronu, bo makaron jest kaloryczny. I ten sos pewnie też do najchudszych nie należy. Koleżanki patrzyły przestraszone jak nabijam kluskę na widelec, otrząsam z sosu i popijam od razu wodą. Tak jak nigdy nie piłam szczególnie dużo wody, tak przy włoskich obiadach leciało kilka szklanek. Mięso? Niee, za dużo. Owoc na deser. Spoko, owoce są spoko. Z dnia na dzień znikało coraz więcej klusek z talerza. Znienawidzony głos przebijał się gdzieś nieznacznie co jakiś czas, przez co na śniadanie lądowała miseczka jogurtu z odrobiną musli (miseczka wielkości pokrywki od małego milkshake'a), makaron był odsuwany na brzeg, a mięso dostawało kolejne "no, thanks". Ale w ostateczności te dwa ogromne kawałki pizzy i 3-smakowe lody to chyba nic strasznego?
Ej, wolno mi! Przecież jestem za chuda, powinnam jeść!
Kolejny etap: mode on.
W dzień wyjazdu włączył się znów głos, który zabronił jeść czegokolwiek. W ten oto sposób w żołądku smętnie leżała tylko zmiażdżona śliwka. Powrót do domu. Hej, jestem głodna! Co tam dzisiaj nagotowaliście? A co to mama za placka zrobiła? Pewnie, spróbuję wszystkiego! Otwieramy włoskie ciastka, jeej! Kurde, jaki ten placek jest cholernie dobry...
Ile wtedy wylądowało w moim żołądku w ciągu 4 godzin? Nikt nie jest w stanie policzyć. No ale jest okej, nie przytyłam nawet tak bardzo...
Mimo wszystko trzeba się jakoś ogarnąć, co nie...
Faza od sierpnia? Ciężko ją określić. Pomieszanie lekkiej bulimii z tym, co było wcześniej... Momentalne obżeranie się "bo mi wolno", a potem płacz i poczucie winy, bo "brzuch napompowany". Niby od początku sierpnia jest tryb ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA. Ale, cholera jasna, co ja robię ze sobą?
W tym momencie jestem na etapie umówionej wizyty z dietetykiem i spisywania dokładnie tego, co jem, łącznie z wagą i określeniem składu. Mam taki mętlik w głowie, że nie napiszę o sobie nic. Wczoraj cały dzień byłam głodna. Dokładnie wszystko kontrolowałam, więc to tak trochę stan "sprzed". Uważałam na ilość i kaloryczność. Z drugiej strony, zjadłam coś słodkiego, wybrałam kaloryczny, choć zdrowy, chleb. Niby wszystko spoko, więc co w tym złego? Ano to, że mój mózg nie potrafi wybaczyć sobie, że wieczorem pozwolił sobie na te paluszki i przeżywa to jak mrówka okres. Brzuch napompowany, nie jest płaski!!!!!!!!! Aaaaa!!!!!!!
Jeśli to czytasz, mam nadzieję, że jakoś się z tego wydostałaś. Mam nadzieję, że mi też się uda.
Podsumowanie? Popatrz na słowa dużymi literami. Zdrowy tryb życia? Naprawdę? Co ty dziewczyno ze sobą zrobiłaś?
Chociaż jestem zadowolona ze swojej wagi, dalej nienawidzę swojego wyglądu. Nienawidzę tego, że jestem ciągle głodna, ale, cholera jasna, nie mogę jeść bo napompuje mi się brzuch i nie będzie płaski! Nie mogę jeść tego co chcę i ile chcę, bo przytyję! Mam momenty słabości, kiedy okładam się jedzeniem, a potem żałuję i głoduję kilka dni żeby to nadrobić. Płaczę, kiedy waga pokazuje więcej niż 43. Od razu chcę głodówkę, żeby to zmienić. A wtedy jestem tak cholernie głodna, że okładam się jedzeniem i... błędne koło. Chociaż to "okładanie się jedzeniem" ciężko nazwać tym faktycznie (chociaż mój skurczony żołądek inaczej rozumie poczucie sytości), bo te ilości są naprawdę małe, ale nie dla mojego mózgu. Podjadanie, słodycze "bo-mi-wolno", potem płacz, głodówka. Ciągły głód. Ilekolwiek bym nie zjadła, cokolwiek bym nie zjadła, non stop jestem głodna, a do tego ciągłe liczenie kalorii, łapanie się za głowę, kiedy okazuje się, że deser truskawkowy to wcale nie kwestia kaloryczności samych truskawek... Ale mi wolno... Wolno mi, powinnam jeść, jestem za chuda, muszę jeść... Ale nie, bo brzuch, będzie napompowany, nie bedzie płaski... W spodniach z wysokim stanem musi być perfekcyjnie płaski... Pod dłonią muszę nie czuć "górki", musi być płasko... Płasko... Ale ja chcę jeść... Jestem głodna, cholera jasna, ale jak zjem, będę pełna, dalej będę odczuwać głód, mnie się nie da nasycić, ale nie mogę jeść ile chcę bo przytyję!
Taka sobie paranoja. Popatrz, co zrobiła nasza koleżanka ze stycznia 2016.
Do Ciebie
Hej, piszę do ciebie w poniedziałek, 15.08 o 12:57. Dzisiaj święto, cała rodzina siedzi w domu, każdy jest zajęty jakimiś swoimi sprawami. Siedzę w kuchni i zajmuję się tym, co o tej porze wydaje się być najbardziej adekwatne - przeglądam internet, strony internetowe różnych sklepów i blogi żywieniowe. Właśnie to zainspirowało mnie, żeby pisać dla Ciebie tego bloga. Przede wszystkim chcę robić to, co daje mi jakąś taką satysfakcję - dokumentować moje życie, dzielić się przemyśleniami. Poza tym coraz większą rolę zaczyna odgrywać żywienie i moda, dlatego będą się tu pojawiały głównie takie posty, ale nie zabraknie trochę realistyczno-pesymistycznych tekstów o mojej codzienności i... psychice?
No właśnie, to co w tym momencie zdaje się szwankować, odpierdzielać jakąś makarenę w mojej głowie, tysiąc głosów, tysiąc różnych twarzy, z których nie wiadomo, co wybrać, co jest najlepsze, jak iść w dobrą stronę. 16 lat to taki właśnie czas wyborów i kształtowania się tej odpowiedniej drogi i mam nadzieję, że przelewanie myśli tu sprawi, że będzie mi jakoś łatwiej. Poza tym, zawsze marzyłam o swoim lifestylowym blogu i kto wie, może za kilka lat moje marzenie się spełni. Za kilka lat, bo na razie nie chcę się z nikim tym dzielić. Piszę to dla Ciebie, być może za kilka lat wyciągniesz z tego jakieś wnioski, może pomyślisz "Boże, kim ja byłam", ale nie martw się, ja też tak miałam, kiedy czytałam stare blogi z podstawówki. Widzisz, to coś daje.
Zaczynamy dziś, jest 15 sierpnia, wakacje w pełni, chociaż dla mnie już prawie ich nie ma. Niedługo zacznie się festiwal i całodzienne "pomaganie", potem koncerty, biesiady, powrót do domu w granicach północy i znowu wstawanie na 8:30, takie trochę przygotowanie do szkolnego trybu życia.
Zaczynamy! :)
No właśnie, to co w tym momencie zdaje się szwankować, odpierdzielać jakąś makarenę w mojej głowie, tysiąc głosów, tysiąc różnych twarzy, z których nie wiadomo, co wybrać, co jest najlepsze, jak iść w dobrą stronę. 16 lat to taki właśnie czas wyborów i kształtowania się tej odpowiedniej drogi i mam nadzieję, że przelewanie myśli tu sprawi, że będzie mi jakoś łatwiej. Poza tym, zawsze marzyłam o swoim lifestylowym blogu i kto wie, może za kilka lat moje marzenie się spełni. Za kilka lat, bo na razie nie chcę się z nikim tym dzielić. Piszę to dla Ciebie, być może za kilka lat wyciągniesz z tego jakieś wnioski, może pomyślisz "Boże, kim ja byłam", ale nie martw się, ja też tak miałam, kiedy czytałam stare blogi z podstawówki. Widzisz, to coś daje.
Zaczynamy dziś, jest 15 sierpnia, wakacje w pełni, chociaż dla mnie już prawie ich nie ma. Niedługo zacznie się festiwal i całodzienne "pomaganie", potem koncerty, biesiady, powrót do domu w granicach północy i znowu wstawanie na 8:30, takie trochę przygotowanie do szkolnego trybu życia.
Zaczynamy! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)